Podróżowanie razem wymaga bezgranicznej cierpliwości i chęci dopasowania swojego rytmu do rytmu partnera. A później jest już z górki:)

Oboje uwielbiamy kawę i poranek bez kawy jest zwiastunem kiepskiego dnia. Oboje lubimy się wyspać i po kilku nocnych autobusach gdzieś w Indiach czy Tajlandii wspólnie doszliśmy do wniosku, że spanie w pozycji półsiedzącej, w otoczeniu 30 innych osób jest zdecydowanie nie dla nas. Nie dla nas są też backpackerskie hostele z imprezami do rana, głośną muzyką i alkoholem, czy dormitoria tonące w oparach marihuany. Wolimy spokojny guesthouse, w którym lokalna rodzina wynajmuje kilka skromnych pokoi. Albo - tak jak w Australii, nasz namiot gdzieś w buszu czy mieszkanie hosta z couchsurfingu, gdzie możemy doświadczyć jak się tu naprawdę żyje.

Nie podróżujemy dla imprez, nie interesuje nas seksturystyka, alkoholowe upojenia w gronie innych backpackersow czy zorganizowane eskapady klimatyzowanym autokarem w otoczeniu emerytów, żeby zobaczyć kolejną, turystyczną pseudoatrakcję.

Za to lubimy ciszę.

Uwielbiamy dobrze zjeść i jedzenie jest bardzo ważnym aspektem naszej podróży. W każdym nowym miejscu szukamy knajpy, baru, straganu czy targu z jedzeniem, które nas urzeknie, do którego będziemy chcieli wrócić. Mamy w ten sposób zmapowany już spory kawałek Azji:) Jak jesteśmy głodni, to jesteśmy źli.

Lubimy siedzieć i patrzeć. Przyglądać się życiu ulicy bez względu na to, czy jesteśmy w Delhi czy Sydney. Tam gdzie się dało, chętnie wypożyczaliśmy motorek, żeby zjechać z trasy, którą wiózłby nas transport publiczny. Często jeździmy na stopa - oprócz tego że taniej, jest przede wszystkim o wiele bardziej interesująco.

Oboje nurkujemy, Michał lubi chodzić po górach a Ania nie.
Ania za to uwielbia chodzić po bazarach i targach, zwłaszcza tych z ciuchami i biżuterią:) To Michał w tym związku i podczas tej wyprawy jest odpowiedzialny za: nawigację i czytanie map, pilnowanie naszych polskich spraw i kontrolę budżetu. Ania gotuje, namiętnie sprząta i układa i naciąga Michała na to, na co absolutnie nie ma miejsca w naszych plecakach.

Plan jest taki, żeby objechać glob dookoła:)
Nie mamy sztywnych granic czasowych, nigdzie się nam nie śpieszy. Nasza podróż to nie jest "gap year" - nie musimy wracać do szkoły czy do pracy. Zakładamy, że w drodze zejdzie nam dobrze ponad dwa lata.

Zaczęliśmy 9 lipca 2008 od lotu do Turcji, później przez Gruzję i Armenię wjechaliśmy do Iranu.
Stąd przedostaliśmy się do Pakistanu (słowo "przedostać się" jest zamierzone, zważywszy nasze perypetie i przygody w noc poprzedzającą przekroczenie granicy).
Z Pakistany wjechaliśmy do Indii i zwiedzaliśmy północno-wschodnią część tego kraju (bo zachodnie wybrzeże i południe widzieliśmy podczas poprzedniej podróży).

Potem był Nepal i powrót do Indii na samolot do Bangkoku. Po Tajlandii, Malezja i Singapur, a potem lot do Birmy.

Po Birmie, ponownie przez Tajlandię i Malezję, dojechaliśmy na Borneo (malezyjska część), z którego popłynęliśmy do Indonezji - najpierw na Celebes (Sulawesi), potem (już samolotem) na Jawę i Bali.

Z Bali  w maju 2009 dotarliśmy do Australii (do Darwin w Północnym Terytorium), którą traktujemy za półmetek naszej podróży. Osiedliśmy tu na pewien czas, pracujemy i oszczędzamy pieniądze na dalsze etapy podróży.
W ramach przerwy od pracy polecieliśmy na kilka tygodni do Japonii, zjeździliśmy swoim autem sporą część samej Australii, polecieliśmy na 6 tygodni do Nowej Zelandii.

Na początku maja 2010 ruszyliśmy dalej - najpierw na wyspy Pacyfiku - Vanuatu i Fiji a później na Hawaje:) Z Hawajów polecieliśmy do San Francisco, gdzie postanowliliśmy zostać na około miesiąc.
Przed nami Ameryka Centralna i Południowa - ok. 10 lipca planujemy wylądować w Gwatemali.